Home

Advertisement

Customize

Nov. 12th, 2009

morpheus

Rozmowa na trybunach niebieskich.

- Ej, Jirou. – Daisuke podniósł głowę, przestał grać i wyjął papierosa z ust. – Słuchasz ty mnie?

Rytmiczna siedział bez ruchu, oparty na swojej ulubionej, wiekowej gitarze i patrzył nieprzytomnie za okno, na białe kłęby chmur, gnające po niebie w wyścigu swojego życia.

- Ej, Jirou. – Klepnął go w ramię.

Lider otrząsnął się jak ktoś, kto budzi się z naprawdę głębokiego snu. Zatrzepotał rzęsami, rozejrzał się, wyraźnie zdezorientowany, a potem wzdrygnął się jakby wyszedł z zimnej wody.

- Mówię do ciebie.

- Ach… Tak… - odpowiedział Jirou, zbierając swoją świadomość do kupy.

Daisuke wetknął papierosa w usta i zaczął grać solo z „Otome” Childa, pozwalając przyjacielowi przypomnieć sobie, gdzie jest, co tu robi i jaki mają dzień tygodnia.

Męczył go ten utwór. Był jednym z jego ulubionych, znał go doskonale, ale we własnym wykonaniu czegoś mu brakowało. Zawsze zastanawiał się, jak ten strach na wróble, Sora, potrafi zagrać coś tak szybkiego, gwałtownego i dramatycznego, nie tracąc nic ze swojej zwyczajowej flegmy. Każdy, kogo znał, nieźle się pocił, by nadążyć ze skakaniem palcami po całym gryfie, nie przerywając przy tym piórkowania, a ta zaraza, ten cholerny ślimak nie musiał wcale ruszać tą swoją wielką łapą, bo była niewiele krótsza od gitary.

- Wiesz – zaczął Jirou, obserwujący jego poczynania. – Wolę, jak grasz po swojemu, niż jak próbujesz kogoś naśladować.

- Chcę to wreszcie zagrać dobrze – mruknął, skupiony na strunach.

Starszy muzyk potrząsnął przecząco głową.

- Nigdy nie uda ci się zagrać identycznie nawet samego siebie – przekonywał. – A Child jest zupełnie inny niż my, nie umiesz się w to wczuć. Daruj sobie.

Daisuke przestał, ale wyglądał na obrażonego.

Jirou przewrócił oczami.

- To mańkut – zaczął tłumaczyć. – I kij od miotły. On gra spokojnie, bez zrywów. To szybka partia, ale u niego wszystko jest idealnie równe, dźwięki brzmią jakby cięte. I ten ruch nadgarstka, zwróciłeś uwagę?

- Na jego brak chyba – parsknął młodszy gitarzysta, opierając podbródek na główce instrumentu.

- Ty rzadko używasz małego palca, a Sora wręcz nadużywa. I wpychasz gdzie tylko możesz ozdobniki, bawisz się, a jak się przynajmniej raz nie pomylisz to chodzisz chory cały tydzień. Michi to asceta, minimalista, on tworzy emocje przy pomocy dźwięków, ty dźwięki dzięki emocjom – dodał nieco zgryźliwie. – „Otome” to taki płacz umierającego, a u ciebie nie słychać konania. Daisu, daruj sobie ten kawałek, serio. I ja, i ty, nie nadajemy się do tego całego mroku, zbyt kochamy życie.

- Ja się nie poddaję – obruszył się czerwonowłosy.

- Nikt nie jest uniwersalny – westchnął Jirou. – Nie ma osoby, która potrafiłaby zagrać wszystko. Pękłoby jej serce.

Prowadząca spojrzał na niego podejrzliwie.

- Sam to wymyśliłeś? – spytał z jawną niewiarą.

Lider wyjrzał za okno. Białe obłoki mknęły coraz szybciej po niebie, nienaturalnie błękitnym, jak rozlana farba na białej koszulce przedszkolaka.

- Co z tobą? – Zdenerwował się Daisuke. Odłożył gitarę, wstał i klepnął go mocno w ramię.

Jirou wzruszył ramionami.

- Wtedy też był taki dzień – mruknął niechętnie. – Tutaj ciepło, spokojnie i szaro, a nad głową ciężkie bałwany ścigające się po wściekłe niebieskiej arenie.

- Pamiętasz takie rzeczy? – Zdziwił się czerwonowłosy, siadając na stole i zapalając nowego już papierosa.

Odpowiedział mu skinieniem głowy.

- Zastanawiałem się, kiedy któryś z nich wreszcie się zmęczy i runie nam na głowy – wyznał, przytulając twarz do boku gitary. – Tamtego dnia poznałem Eve. – Pogłaskał czule pudło rezonansowe.

- Aaaaa… - Daisuke nagle oświeciło. – To dlatego… - Urwał. – On to miał talent, nie?

Jirou przypomniał sobie te wspólne spotkania w „sali koncertowej”, gdy gromadzili się, grali, uczyli, obrywali po głowie za każde pomyłki. Wspominał przeraźliwie chude palce z ładnymi, zadbanymi paznokciami oraz te chwile zatracenia, gdy oni rozpływali się dla tych palców i gdy porywani byli przez nie do dziwnego, ciemnego świata, gdzie światło bez źródła raziło boleśnie w oczy.

Przypomniał sobie też dłonie, leżące na czarnym materiale jak dwa białe, martwe motyle o poszarpanych skrzydłach i zrobiło mu się słabo.

- Bez wątpienia – zgodził się. – Był geniuszem.

Młodszy mężczyzna skrzywił się.

- Nie o tym mówię – zirytował się lekko. – Znaczy tak, masz rację – dodał szybko, widząc zdziwione spojrzenie przyjaciela. – Ale nie uważasz, że to, co zrobił dla nas, jest no… że powinniśmy bardziej być wdzięczni za to, a nie za muzykę, której i tak nie potrafimy zrozumieć?

- No bo – teraz on zaczął tłumaczyć, plącząc się i gubiąc we własnych zeznaniach. – To wszystko przez niego, nie? Znasz kogoś drugiego, kto wpłynąłby tak na twoje życie? Przyznaj, że od tamtego dnia, gdy chmury ścigały się po niebie, nic nie jest już takie samo.

Lider skinął głową. Teraz myślał o zimnych, suchych dłoniach, układających jego palce na strunach gitary i cichym głosie zachęcającym do prób i wysiłku. Głaskał gryf Eve, rozpamiętując wszystkie łzy, jakie przez nią wylał. Rozgrzewki, wprawki, rozciąganie, złażącą skórę, odkształcenia opuszków, ale przy tym – café au lait w białej porcelanie, zapach dzikiego bzu, zasypianie z głową na twardych, ale wygodnych kolanach i dziecinne próby pomocy przy pielęgnacji bonsai, kiedy zawsze obcinał złą gałąź.

Młodszy gitarzysta wspominał nieznaczny ciężar na plecach podczas turniejów rycerskich w gigantycznym salonie, smak pieczonych w potężnym kominku kiełbasek, które nabijali na zdjęte ze ściany szpady, wspólne próby nauczenia się kozaka i zimową kąpiel w stawie. A także chude, silne palce we włosach, nakładające mu farbę na włosy i uspokajający głos z nutką złośliwości „Nie umrzesz od tego, najwyżej wyłysiejesz”, gdy przy spłukiwaniu woda przybrała barwę krwi tętniczej.

Milczeli przez chwilę obaj, obserwując potężnych zawodników przez okno w dachu.

- Brakuje mi go – przyznał Jirou. – Mimo tego wszystkiego, tych różnych dziwnych… Ale brakuje.

- No – przyznał Daisuke. – Mi też.

Nov. 2nd, 2009

pomidor

She's a lady, part V - w którym Aki-chan się zachwyca.

Bo trzeba.




Droga na przedmieścia zajęła im dobre trzy godziny. W metrze, a potem w taksówce i idąc, milczeli. Aki była podniecona: zaróżowione policzki, rozszerzone źrenice i wypełniająca ją od wewnątrz euforia, połączenie alkoholu, wzruszenia i radosnego oczekiwania sprawiały, że czuła się jak naćpana. Akira był spokojny, zamyślony, wręcz melancholijny, ze smutnym uśmiechem i nieobecnym wzrokiem błądzącym po ruchomym krajobrazie. Dziewczyna nie dostrzegła jakoś tej zmiany nastroju, skupiona na własnym przeżywaniu i tej rosnącej, wprawiającej w drżenie serca nadziei, że ten ktoś, kogo zaraz pozna, zostanie niedługo jej współpracownikiem, kolegą – nie, nie, kimś więcej – towarzyszem pracy, życia, podróży, tworzenia, muzyki…

Ostatni odcinek pokonali piechotą, ramię w ramię, z dłońmi wbitymi w kieszenie płaszczy. Aki dźwigała na plecach zdobyczną gitarę, kategorycznie odmawiając wypuszczenia jej z rąk choćby na chwilę, Akira nucił pod nosem wzruszającą melodię o depresyjnym zabarwieniu. Zamyślona dziewczyna słyszała go świetnie, ale do jej umysłu to jakoś nie docierało. Przebudzenie przyszło z potknięciem, szykowała się już na bolesne spotkanie z chodnikiem, w ostatnim przypływie paniki myśląc nie o twarzy, ale o instrumencie – ale smutny anioł stróż był przy niej, złapał za łokieć, urywając jakby w pół słowa pieśń. Cisza z lewej strony zadźwięczała, wręcz zabolała, instynkt muzyczny i pamięć krótkotrwała przewinęła automatycznie kilka ostatnich taktów, które zabrzmiały przejmująco i żałobnie. Całość kołatała się gdzieś w głębi czaszki, ale nie potrafiła sobie przypomnieć ani tytułu, ani wykonawcy, ani tym bardziej tekstu czy melodii.

Już-już miała otworzyć usta, by wyładować swoją niechcianą złość na towarzyszu, ale znów ją ubiegł.

- To tutaj – powiedział, wyciągając z kieszeni pokaźny pęk kluczy.

Nie była w stanie nic dostrzec z powodu wysokiego, ponurego ogrodzenia, nasuwającego skojarzenia ze starą zabudową europejską. Zrobiło się jej nagle zimno i zaczęła przestępować z nogi na nogę, czekając, aż skończy się mordować z zardzewiałym zamkiem. Nagle przestało jej się to podobać.

Kamienista, obsadzona klonami aleja prowadziła do monumentalnej, ponurej rezydencji stylizowanej na angielską. W Aki rosła ponura pewność, że za wcześnie zaczęła się cieszyć. Mieszkaniec tego gmachu może być tylko szurniętym arystokratycznym obcokrajowcem albo jeszcze bardziej nienormalnym Japończykiem, którego bardziej podniecają mury niż dziewczyny.

Kolejny klucz i kolejne drzwi otworzyły się z głośnym i żałosnym jękiem.

- Nie zdejmuj butów, tu dawno nikt nie sprzątał – powiedział dziwnie cicho, jakby znaleźli się w miejscu, gdzie ktoś kona albo dopiero co umarł.

Skinęła głową i podążyła za nim korytarzem w stronę schodów. Większość pomieszczeń była zamknięta, ale w niektórych otwartych widziała pozakrywane białymi prześcieradłami meble i zaczynała się niepokoić. Może to jakiś brzydki kawał? Może chce ją wystraszyć? Któż może mieszkać w tym strasznym, starym, pustym i zimnym domu z kamienia?

I wtedy usłyszała skrzypce.

Odległe, ale wyraźne, charakterystyczne Allegro non troppo koncertu D-dur Brahmsa, tak dawno niesłyszane, ale tak dobrze pamiętane.

Zamarła, a potem przyspieszyła tempa. Szła krok za Akirą, niecierpliwiąc się coraz bardziej. Wstrzymywała oddech, by nie zagłuszać cichej melodii, która wcale nie zdawała się zbliżać. Byli już na czwartym piętrze kolosa, gdy mężczyzna wreszcie przestał piąć się po schodach i ruszył w stronę zamkniętych, czarnych, bogato zdobionych złotem drzwi. Aki jednak od początku nie zwracała uwagi na przepych, deptała swojemu przewodnikowi po piętach, marzyła by otworzył wreszcie te cholerne drzwi…

To były najdłuższe sekundy jej życia.

Pomieszczenie było duże i przeraźliwe jasne. Zajmujące dwie ściany olbrzymie okna od strony wschodniej i południowej wpuszczały duże ilości światła, odbijającego się od białych ścian i prześcieradeł zakrywających meble. Tylko na środku stał w całej krasie dumny fortepian barwy wypolerowanej kości. Wyobraźnia podpowiadała pochylonego nad klawiaturą, skupionego pianistę, ale stołek ział bolesną pustką. Za to z boku, milimetry od instrumentu stał młody mężczyzna. Gęste, sięgające ramion włosy przetkane były śnieżnymi pasmami, nadającą tej czarnej aureoli nieziemskiego charakteru. Aki nie potrafiła sobie później przypomnieć, jak był ubrany, oprócz ogólnego wrażenia, że cała jego pełna elegancji i gracji sylwetka utkana była z kruczej czerni i alabastrowej bieli, że bił od niego blask, a kontrast pochłaniał i angażował wszystkie zmysły. Twarz miał piękną, delikatną i regularną, szlachetną i łagodną, choć bardzo szczupłą. Bała się odetchnąć, by nie zniknął, tak zdawał się kruchym. Podziwiała idealne łuki strzelistych, ale ciemnych brwi, jasność skóry pozbawioną chorobliwej bladości, słodyczą jasnych warg. Zachwycała się przebijającymi się przez skórę rąk kostkami i niesamowicie cienkimi, długimi i ruchliwymi palcami, muskającymi struny ze swobodą i naturalnością właściwą tylko wirtuozom darzącym muzykę miłością absolutną. Podziwiała wdzięk, z jakim trzymał smyczek i uczucie, z jakim przesuwał nim po strunach. Fascynował ją każdy szczegół, choć widziała je wszystkie jako wyjątkowo misterną, porywającą całość.

Był to jedyny raz, gdy oczarowało ją piękno mężczyzny i zachwyciła czyjakolwiek chudość. Zawsze wolała wysokich, umięśnionych i przystojnych kolegów, przy których czuła się mała i drobna, a teraz stała z wytrzeszczonymi oczami i całą sobą chłonęła postać skrzypka. To było coś uniwersalnego, coś wychodzącego poza kategorie płci, coś co zapierało dech w piersiach i kazało wyłączyć myślenie. Jej biedne, zmęczone dzisiejszym dniem serce, poruszone muzyką drżało jak liść, poważnie rozważając pęknięcie z nadmiaru przeżyć.

Ale Adagio już nie doczekali. Muzyk elegancko zakończył Allegro, zabrzmiała drżąco ostatnia nuta, zamarł na jeszcze jedną chwilę, smakując echo, a potem skłonił się do samej ziemi.

Akira zaczął bić brawo, a prawie nieprzytomna ze wzruszenia Aki poszła w jego ślady.

Chłopak – tak, chłopak, byli wszyscy w podobnym wieku – uśmiechnął się delikatnie, ledwo unosząc kąciki ust.

- Akira – szepnął radośnie.

- Kiyoshi – sapnął wokalista DOLL, szczerząc dziko zęby.


 

Aug. 23rd, 2009

pomidor

Yoroshiku Master: Jak skrzywdzić Świętego Mikołaja

Jestem w trakcie pisania recenzji dramy "Kimi wa petto" (całość + każdy odcinek oddzielnie), ale pracę przerwał mi pewien pilny, ważny i trudny projekt nad którym pracuję. Ze szpitala wygonili mnie dopiero dzisiaj (pulmonologia to zło), a tam warunków do niczego nie było, więc mam okropne zaległości ze wszystkim. Pozostaje nadzieja, że jakimś cudem weŁn się zlituje i uda mi się to skończyć przed terminem.
Deadline nadchodzi.
Dlatego coś krótszego.


Tytuł
: Yoroshiku Master
Mangaka: Tsukuba Sakura
Scalation project: Dragon Voice
Tomy: 2, rozdziałów 6 + 1 side story
Status: Podobno ongoing, ale nie spodziewam się kontynuacji.
Gatunek: Shōjo
Ocena: 3.5/10

Tytuł żywo kojarzy mi się z wspomnianym wyżej "Kimi wa petto". Może dlatego sięgnęłam po tę mangę?
Rzeczą wiadomą jest, że Japończycy uwielbiają sięgać po motywy kultury europejskiej, czy też szerzej mówiąc - zachodniej. Powszechnie wiadomo też, że (jak zwykle zresztą) używają ich po swojemu, z dużą swobodą podchodząc do czegoś, co można nazwać "kanonem" - czyli jak kto woli, zgodnością z oryginałem.
Moje rozklekotane szpitalem nerwy nie wytrzymały i w pewnym momencie zrobiłam duże SIĄP, ale generalnie manga jest, jaka jest. Każdy widzi.
Albo i nie widzi.
"Yoroshiku master" opowiada o świętach. A konkretnie to o Gwiazdce ("Świętami Bożego Narodzenia" tego nie nazwę, bo akurat Bóg mało Japończyków w tym wypadku obchodzi).
Był sobie więc samotny Santa... Znaczy Mikołaj. Bóg ulitował się nad nim i dał mu renifera, żeby do spółki mogli roznosić prezenty grzecznym dzieciom. Tą historią rozpoczyna się każdy z sześciu rozdziałów mangi. Później nadchodzi czas na fabułę.
Sagara Kurumi spotkała swojego renifera na ulicy. Na imię mu Kaito, jest bishōnenem i idiotą pierwszej klasy. Pochodzi z rodziny reniferów i ogólnie wygląda jak człowiek - dopiero na rozkaz swojego Mikołaja przybiera zwierzęcą formę. Zresztą, nie tylko to: lata, biega, znika, ful serwis. Co tylko Santa sobie życzy, bo Santa, proszę państwa, ma większą władzę nad ciałem swojego renifera niż wspomniany renifer.
Fabułę tworzy kilka historyjek dotyczących perypetii tych dwojga. Pojawia się ojciec Kurumi, jej przyjaciółki (aczkolwiek epizodycznie), nieco więcej miejsca zajmuje rodzina reniferów. Nic konkretnego, ot, świąteczne opowieści. I to tyle o fabule, żeby nie spoilerować. Mogę jeszcze co najwyżej dodać, że inteligencją to nie powala. Oprócz znienawidzonego przeze mnie słynnego motywu "first kiss" za którego nadużywanie autorki shōjo powinny smażyć się w piekle irytuje przywiązanie autorki do wieku głównej bohaterki. Innymi słowy - Kurumi przez sześć rozdziałów a lat trzy ma 17 wiosen. I Tsukuba sama się o tym na marginesie przyznaje.
Mangaka ta sama co "Tonari...", ale jakoś gwiazdek, kwiatków i reszty branży nie zauważyłam. Za to kreska dalej mnie irytuje: w drugim tomie (jakby krótszym) się trochę poprawiła, ale tylko trochę. Główna bohaterka jest średnia, choć czasem bywa ładna. Kaito jest zwykle taki sobie, chociaż jemu dużo częściej zdarzają się przeskoki od bishōnena do koszmaru czytelnika. Bo co tu dużo mówić: Tsukubę stać na dużo więcej, co widać. Jednak jest niedbała, nie dopieszcza, ledwo zaznaczy linie, ignoruje szczegóły, odwali byle jak... A wstyd. Kilka stron jest naprawdę cacy.
Dłuższe, więc mądrzejsze nieco niż "Tonari..." A może powinnam raczej powiedzieć: nie rażące aż tak głupotą, naiwnością i brakiem przemyślenia? A może to po prostu świąteczny klimat tak rozczula i zawyża ocenę?
Wkurzył mnie wątek z Akirą i Nene, bo taki ni z... Ekhm. Rihito jest dziwnie znajomy z wyglądu, może dlatego, że jest typowym blond bishōnenem (których w mangach jest na pęczki) w okularach (Sōbi z "Loveless"?). Grandpa zalatuje mocno Rosielem z "Angel Sanctuary", ale jego akurat lubię.
Czy warto? Krótkie, nie boli za bardzo... Można przeczytać, ale po co?
Wlepiłam tróję, ale przedtem obniżyłam ocenę w "Tonari...". "Yoroshiku master" jest lepsze, ale dalej kiepskie. W okresie bożonarodzeniowym jego ocena wzrasta.


A teraz dla tych, którzy przeczytali, moje komentarze - czyli małe spoilery. Bardzo małe.
Podoba mi się Kaito z pionowymi źrenicami. W sumie nie wiem nawet dlaczego, ma ładniejsze ujęcia - choćby jak pocałował jej dłoń (sierociniec). Jest trochę za słodki i za głupi, ale w gruncie rzeczy pocieszny. I ślicznie mówi "I'm yours to command." To było słodkie.
"But Kaito's an idiot" by Grandpa mnie powaliło. Sam Grandpa - najpiękniejszy! - wracający po śmierci na rozkaz swojego Santy, też.
Przy okazji rodziny Kaito - Rihito też jest słodki. Domagam się shōnen-ai z jego Santą.
Słodki jest też Akira w ostatniej scenie ze swoim udziałem, choć ogólnie jest mało ciekawą, wkurzającą i zbędną postacią. Nene byłaby dość ciekawa, gdyby Tsukuba to odpowiednio rozplanowała.


SPOILERY
Side story: Sweet Bite Mark
Tsukuba wreszcie pokazuje, że umie rysować, choć dalej zdarzają się jej potknięcia. Jednak side story jest bardziej dopracowane, bardziej szczegółowe. Wrescie stare, dobre, typowe shōjo. Oby tak dalej.
Ren jest wampirem. Pije krew pani detektyw Eiko, w zamian za co pozwala się badać stadu naukowców. Żyje mu się za rządowe pieniądze całkiem nieźle, aż pewnego dnia w jego domu pojawia się kilkuletnie stworzenie, twierdzące, że jest jego potomstwem. Ren jako wampir potomstwa z ludźmi mieć nie może (to nie "Zmierzch"!), ale upierdliwej dziewczynce udaje się wprowadzić do jego mieszkania.
Ren jest niezłym bishōnenem, Maia-chan typowym mangowym dzieciątkiem. Eiko-san za to nie przypomina bohaterki shōjo - może dlatego, że jest postacią bardzo poboczną.
Irytują mnie od zawsze naukowe próby wyjaśnienia wampiryzmu (choroba, wirus, mutacje, regeneracja komórek, sratata) i wampiry-przyjaciele społeczeństwa (nie ludzi jako jednostek, tylko współpracujące z rządem etc). W "Seet bite mark" brakuje mi ponadto konkretniej fabuły, ale to oneshot, więc litość mam. Może dlatego, że to jest słodkie?
Ren na dziennej wyprawie wymiata. Blondyn ubrany na czarno pod czarnym parasolem robi wrażenie. Niby jest zgryźliwy ("Hostages shouldn't move when they're in that sort of situation!"), ale te jego złote, wrażliwe serducho mnie rozczula. Próby gotowania same w sobie może nie, ale komentarz narratora ("Totally not nocturnal anymore") gdy nasz wampir udaje gosposię - bezcenne. A komentarz Eiko-san ("At this rate you'll be crying your eyes out at Maia-chan's wedding") wywołał u mnie atak czkawki.
Domagam się filmu o podobnej fabule. Wampir (w tej roli koniecznie Gacek) żyjący z małą dziewczynką. Która też da mu buzi.
Wyobrażacie to sobie? Gacuś, w fartuszku, z chustką na głowie, zagniatający ciasto?
Oj, rozmarzyłam się.
Oceny nie wystawiam, bo zbyt mnie rozczula i nie jestem w stanie być obiektywna.
Gacuś w fartuszku!


Aug. 12th, 2009

pomidor

Tonari no Inuyama-kun: Childhood hero, och słodka naiwności.



Zawsze lubiłam krótkie, kilkurozdziałowe mangi. Czyta się je szybko i przyjemnie, najczęściej są to lekkie, odprężające shōjo o ładnej kresce i niezbyt rozbudowanej fabule. Ot, przeczytać dla relaksu i zapomnieć. Nie trzeba czekać na nowe rozdziały ani denerwować się irytująco zawiłą i wydumaną intrygą, której poziom jest często równie stresujący jak głupota bohaterów. Niektórzy autorzy naprawdę przesadzają z nagłymi zwrotami akcji, gdy mają za dużo miejsca.
Owszem, krótkie formy są trudne, ale przecież można pokazać fragment. Kłótnię kochanków, wakacyjną miłość, przyjęcie urodzinowe, naukę do egzaminu. Kilka dni z życia bohatera. Bez komplikowania. Prosto, krótko, na temat, ale też ciekawie i z zachowaniem realizmu.
Co ja mówię? Manga i realizm? Dobre sobie.

Będą lekkie spoilery.

Tytuł: Tonari no Inuyama-kun
Mangaka: Tsukuba Sakura
Rozdziały: 1
Status: Zakończona
Gatunek: Bez wątpienia shōjo
Ocena: 2.5/10

Czterdzieści cztery strony mangi to niedużo. Naprawdę niedużo. Jednak dobry, sprawny mangaka potrafi nakreślić interesującą historię nawet na czterdziestu czterech stronach.
Mangę przeczytałam mimo wyjącej w głowie czerwonej, ostrzegawczej syreny. W tytule było coś odstraszającego, ale zachciało się one shota. Dopiero potem sprawdziłam mangakę i pokiwałam ze zrozumieniem głową. Tego można było się spodziewać po autorce "Yoroshiku master", choć "Tonari no Inuyama-kun" jest zdecydowanie gorsze.
Kokoro-chan w dzieciństwie mało nie zginęła w wypadku samochodowym. Uratował ją chłopak, przypuszczalnie jej rówieśnik. Kokoro-chan pamięta tylko jego plecy, ale kocha go miłością cichą, szczerą i jakąś taką bezpłciową. Miłość do swojego bohatera z dzieciństwa możemy jej wybaczyć, ale naiwne szukanie go w swoim najbliższym otoczeniu ("O, MOŻE TO ON!") powala. Nie wiem jak trzeba być głupim, żeby podejrzewać o bycie nim Bogu ducha winnego transfera. Bo transfer student oczywiście jest, a jak!
Boli wizualnie. Kreska jak kreska, charakterystyczna dla shōjo, choć dość niestaranna, prosta i pozbawiona uroku. Innymi słowy - żaden bishōnen z "Tonari..." nie umywa się do pięt najbardziej przeciętnemu ze swoich kolegów po fachu, a główna bohaterka jest jakaś nieładna. Po raz pierwszy w życiu zwróciłam uwagę na słynne gwiazdki, kwiatki i tego typu pierdoły występujące w shōjo, których do tej pory nie zauważałam, a które mnie nagle okropnie zirytowały.
Boli naiwność. Boli intryga tak grubo ciosana, że nawet moja wysoka tolerancja na japońskie pomysły znieść tego nie może. Boli próba upchnięcia zbyt wielu treści na tych czterdziestu czterech nieszczęsnych stronach. Boli główna bohaterka. Boli teoria spiskowa. Boli morał. Okropnie boli tekst z blizną z końca (RATUNKU!).
Plusy? A niech wam będzie, znajdą się. Kei jest bishōnenem nietypowym, bo nosi okulary i swoją zajebistość (bo każdy bishōnen jest przecież cudowny i wspaniały) zdradza tylko czasem - co oznacza, że ładny jest może ze dwa razy. Poza tym bądź co bądź dobrnęłam do końca, a potem przeczytałam ją drugi raz, by dobrze napisać tę recenzję - czyli jednak nie jest aż tak fatalnie.
Byłoby więcej, jakby autorka nie rysowała tak na odwal. Fabułę da się wybaczyć, ale strona wizualnia jest prymitywna, co jest zdecydowania nie do przyjęcia.

A reszta jutro, bo jest już późno. Sio spać!


May. 31st, 2008

pomidor

Sunlight and the cat.

'A cat may look at a king,' said Alice. 'I've read that in some book, but I don't remember where.'

 

Lewis Carroll "Alice In Wonderland"

 

 

Szklana kulka toczy się po biurku, muśnięta kocią łapą. Obserwuję kątem oka, jak powoli, spokojnie, niemalże dostojnie zbliża się do krawędzi. Zielone ślepia kocicy błyszczą dziwnie, wywołując ciarki na plecach. Dopiero tępy wyraz jej dziecinnego pyszczka odgania niepokój, a wywołuje słaby uśmiech zażenowania. Koty są nieodgadnione. Fascynujące. Groźne. W ich oczach błyszczy coś, co w niczym nie przypomina przygłupiego wzroku szczura czy równie durnego, wiernego spojrzenia psów. Ja nazwałam to tajemnicą.

Kulka zatrzymuje się na krawędzi. W mlecznobiałym środku skupiają się promienie zachodzącego słońca. Kocie oczy błyszczą odbitym światłem. Szklana piłeczka spada powoli, jakby w zwolnionym tempie. Mknie za nią czarny, niewyraźny kształt. Kulka muska dywan, odbija się od niego lekko, a potem toczy się aż na panele, do drugiej części pokoju. Przycupnięta na dywanie kotka przygląda się przez chwilę, jakby niezdecydowana, a potem w kilku susach dogania ją i próbuje złapać łapą. Pazury nie są jednak w stanie wbić się w szkło, więc zabawka toczy się dalej, choć już po zmienionym torze.

Niebo jest już jasnoniebieskie. Chmury o przedziwnym odcieniu fioletowego błękitu wiszą nad dachami domów niczym kłęby dymu. Trochę to złowrogie. Dziwne. Bajeczne.

Kotka wskakuje mi na kolana i przeciąga się bezczelnie. Drapię ją bezwiednie po brzuchu, mrużąc oczy i wpatrując się w ekran monitora. Po głowie tłucze mi się nieśmiała myśl, że powinnam w tej chwili robić coś innego, ale spycham ja na dalszy plan. Te „coś innego” nie należy do przyjemnych rzeczy i jest w moim mniemaniu całkowicie bezsensowne. Niechęć do pana F., jego durnowatych pomysłów i dnia jutrzejszego jest we mnie silna. Zbyt silna, by zabrać się do pracy.

Kotka przeciąga się i przewraca na plecy. Dopiero po ciemku, przy odległym świetle lampki, widzę srebrzyste włoski, którymi przetkana jest jej sierść. Przed oczyma mam bladą wizję Minas Tirith i Białego Drzewa wyhaftowanego na czarnym tle, ale jak zwykle mam wrażenie, że moje skojarzenie jest w którymś punkcie nieprawidłowe.

Szczur tłucze się w klatce, radośnie nieświadomy obecności drapieżnika w pokoju. Dżuma nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Jej beztroska jest na swój sposób przerażająca. Nie widziałam stworzenia, które z taką swobodą chodziłoby po żądnym, drżącym z napięcia jamniku. I prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę gryzonia obwąchującego kota.

Kocica wyciąga wysoko łapki i pazurami zaczepia o kabel. Szarpie mocno, ściągając mi słuchawki z uszu i mrucząc rozkosznie. O nie, moja droga, dość już tego. Od twoich pomruków chce mi się spać, a trzeba być rześkim. Praca czeka. I korespondencja. Wiesz, jak bardzo zalegam z korespondencją, malutka?

 

Słuchanie Luny podczas gotowania nie jest moim najlepszym pomysłem. Owszem, naleśniki wyszły świetne, ale z rozpędu zrobiłam ich czterdzieści. I nie było komu ich jeść.

Dziś tylko po polskiemu. Bom leniwa.

Advertisement

Customize