Rozmowa na trybunach niebieskich.
- Ej, Jirou. – Daisuke podniósł głowę, przestał grać i wyjął papierosa z ust. – Słuchasz ty mnie?
Rytmiczna siedział bez ruchu, oparty na swojej ulubionej, wiekowej gitarze i patrzył nieprzytomnie za okno, na białe kłęby chmur, gnające po niebie w wyścigu swojego życia.
- Ej, Jirou. – Klepnął go w ramię.
Lider otrząsnął się jak ktoś, kto budzi się z naprawdę głębokiego snu. Zatrzepotał rzęsami, rozejrzał się, wyraźnie zdezorientowany, a potem wzdrygnął się jakby wyszedł z zimnej wody.
- Mówię do ciebie.
- Ach… Tak… - odpowiedział Jirou, zbierając swoją świadomość do kupy.
Daisuke wetknął papierosa w usta i zaczął grać solo z „Otome” Childa, pozwalając przyjacielowi przypomnieć sobie, gdzie jest, co tu robi i jaki mają dzień tygodnia.
Męczył go ten utwór. Był jednym z jego ulubionych, znał go doskonale, ale we własnym wykonaniu czegoś mu brakowało. Zawsze zastanawiał się, jak ten strach na wróble, Sora, potrafi zagrać coś tak szybkiego, gwałtownego i dramatycznego, nie tracąc nic ze swojej zwyczajowej flegmy. Każdy, kogo znał, nieźle się pocił, by nadążyć ze skakaniem palcami po całym gryfie, nie przerywając przy tym piórkowania, a ta zaraza, ten cholerny ślimak nie musiał wcale ruszać tą swoją wielką łapą, bo była niewiele krótsza od gitary.
- Wiesz – zaczął Jirou, obserwujący jego poczynania. – Wolę, jak grasz po swojemu, niż jak próbujesz kogoś naśladować.
- Chcę to wreszcie zagrać dobrze – mruknął, skupiony na strunach.
Starszy muzyk potrząsnął przecząco głową.
- Nigdy nie uda ci się zagrać identycznie nawet samego siebie – przekonywał. – A Child jest zupełnie inny niż my, nie umiesz się w to wczuć. Daruj sobie.
Daisuke przestał, ale wyglądał na obrażonego.
Jirou przewrócił oczami.
- To mańkut – zaczął tłumaczyć. – I kij od miotły. On gra spokojnie, bez zrywów. To szybka partia, ale u niego wszystko jest idealnie równe, dźwięki brzmią jakby cięte. I ten ruch nadgarstka, zwróciłeś uwagę?
- Na jego brak chyba – parsknął młodszy gitarzysta, opierając podbródek na główce instrumentu.
- Ty rzadko używasz małego palca, a Sora wręcz nadużywa. I wpychasz gdzie tylko możesz ozdobniki, bawisz się, a jak się przynajmniej raz nie pomylisz to chodzisz chory cały tydzień. Michi to asceta, minimalista, on tworzy emocje przy pomocy dźwięków, ty dźwięki dzięki emocjom – dodał nieco zgryźliwie. – „Otome” to taki płacz umierającego, a u ciebie nie słychać konania. Daisu, daruj sobie ten kawałek, serio. I ja, i ty, nie nadajemy się do tego całego mroku, zbyt kochamy życie.
- Ja się nie poddaję – obruszył się czerwonowłosy.
- Nikt nie jest uniwersalny – westchnął Jirou. – Nie ma osoby, która potrafiłaby zagrać wszystko. Pękłoby jej serce.
Prowadząca spojrzał na niego podejrzliwie.
- Sam to wymyśliłeś? – spytał z jawną niewiarą.
Lider wyjrzał za okno. Białe obłoki mknęły coraz szybciej po niebie, nienaturalnie błękitnym, jak rozlana farba na białej koszulce przedszkolaka.
- Co z tobą? – Zdenerwował się Daisuke. Odłożył gitarę, wstał i klepnął go mocno w ramię.
Jirou wzruszył ramionami.
- Wtedy też był taki dzień – mruknął niechętnie. – Tutaj ciepło, spokojnie i szaro, a nad głową ciężkie bałwany ścigające się po wściekłe niebieskiej arenie.
- Pamiętasz takie rzeczy? – Zdziwił się czerwonowłosy, siadając na stole i zapalając nowego już papierosa.
Odpowiedział mu skinieniem głowy.
- Zastanawiałem się, kiedy któryś z nich wreszcie się zmęczy i runie nam na głowy – wyznał, przytulając twarz do boku gitary. – Tamtego dnia poznałem Eve. – Pogłaskał czule pudło rezonansowe.
- Aaaaa… - Daisuke nagle oświeciło. – To dlatego… - Urwał. – On to miał talent, nie?
Jirou przypomniał sobie te wspólne spotkania w „sali koncertowej”, gdy gromadzili się, grali, uczyli, obrywali po głowie za każde pomyłki. Wspominał przeraźliwie chude palce z ładnymi, zadbanymi paznokciami oraz te chwile zatracenia, gdy oni rozpływali się dla tych palców i gdy porywani byli przez nie do dziwnego, ciemnego świata, gdzie światło bez źródła raziło boleśnie w oczy.
Przypomniał sobie też dłonie, leżące na czarnym materiale jak dwa białe, martwe motyle o poszarpanych skrzydłach i zrobiło mu się słabo.
- Bez wątpienia – zgodził się. – Był geniuszem.
Młodszy mężczyzna skrzywił się.
- Nie o tym mówię – zirytował się lekko. – Znaczy tak, masz rację – dodał szybko, widząc zdziwione spojrzenie przyjaciela. – Ale nie uważasz, że to, co zrobił dla nas, jest no… że powinniśmy bardziej być wdzięczni za to, a nie za muzykę, której i tak nie potrafimy zrozumieć?
- No bo – teraz on zaczął tłumaczyć, plącząc się i gubiąc we własnych zeznaniach. – To wszystko przez niego, nie? Znasz kogoś drugiego, kto wpłynąłby tak na twoje życie? Przyznaj, że od tamtego dnia, gdy chmury ścigały się po niebie, nic nie jest już takie samo.
Lider skinął głową. Teraz myślał o zimnych, suchych dłoniach, układających jego palce na strunach gitary i cichym głosie zachęcającym do prób i wysiłku. Głaskał gryf Eve, rozpamiętując wszystkie łzy, jakie przez nią wylał. Rozgrzewki, wprawki, rozciąganie, złażącą skórę, odkształcenia opuszków, ale przy tym – café au lait w białej porcelanie, zapach dzikiego bzu, zasypianie z głową na twardych, ale wygodnych kolanach i dziecinne próby pomocy przy pielęgnacji bonsai, kiedy zawsze obcinał złą gałąź.
Młodszy gitarzysta wspominał nieznaczny ciężar na plecach podczas turniejów rycerskich w gigantycznym salonie, smak pieczonych w potężnym kominku kiełbasek, które nabijali na zdjęte ze ściany szpady, wspólne próby nauczenia się kozaka i zimową kąpiel w stawie. A także chude, silne palce we włosach, nakładające mu farbę na włosy i uspokajający głos z nutką złośliwości „Nie umrzesz od tego, najwyżej wyłysiejesz”, gdy przy spłukiwaniu woda przybrała barwę krwi tętniczej.
Milczeli przez chwilę obaj, obserwując potężnych zawodników przez okno w dachu.
- Brakuje mi go – przyznał Jirou. – Mimo tego wszystkiego, tych różnych dziwnych… Ale brakuje.
- No – przyznał Daisuke. – Mi też.
